¤ McCarthy, Douglas J. - Kill Your Friends ¤



Pylon Records, 2012

Ocena:
4

1. Death Is a King, 2. Hey, 3. Demon Prophet, 4. Find You, 5. The Last Time, 6. Move On, 7. Evil Love, 8. Love in the Backroom, 9. Nothing After This, 10. Taken, 11. All Kind of Wrong, 12. Lovers Arms


Po raz wtóry przysposobiłem się do sporządzenia osobliwej notatki w związku z ukazaniem się materiału debiutującego w roli solisty Douglasa McCarthy'ego. Dlaczego po raz wtóry? Problem oczywiście tkwi w moim niezorganizowaniu, chaosie minionego półrocza, zapisywaniu myśli wolnych jak ołowiane ptaszyska na przenośnych nosidłach, roztrzepaniu i zgubnych skutkach zajadania się pieczywa ze smalcem domowego wyrobu (sklerozy). Dlaczego osobliwa? Po blisko jedenastu latach pisania o muzyce człowiek powinien już się na tejże zwyczajnie poznać; okiełznać sekrety sporządzania tzw. recenzji , nauczyć się wyciągania wniosków, a nie tylko rozpisywać się w oparciu o zasłyszane/wyczytane tu i ówdzie opinie na jej temat. Dlatego też nigdy nie wyzbędę się etykiety wiecznego amatora z ponad dwustoma notatkami na koncie (których i tak nikt nie czyta), z których 3/7 wciąż publikuje postindustry.org, a resztę pochłonęły odmęty internetowej zawieruchy wraz z upadkiem pewnego forum, o którym dziś już prawie nikt nie pamięta. I bardzo dobrze.

Za kogo uważa się McCarthy skoro nakazuje Ci kochać wrogów, zabijać przyjaciół?

Charyzmatyczny kowboj, samotny wilk, obdarzony nietuzinkowym głosem, po który w przeszłości (bliższej lub dalszej) sięgali Alan Wilder, Barton i Grasset, Yasmin Elias, Terence Fixmer czy Austin Morsley. Współtwórca legendy maszerującego z karmazynowym sztandarem Nitzer Ebb. Od czasów namaszczenia pierwszego longplaya "Basic Pain Procedure" w 1984 roku (Pylon w ubiegłym roku wydał ów oficjalnie), wspólnie z Bonem Harrisem uruchomił proces dowiedzenia, że w analogowy 'dźwiękozgrzyt' można wtłoczyć zupełnie nową jakość interpretując poczynania wczesnego Die Krupps ("Volle Kraft Voraus!") oraz Deutsch Amerikanische Freundschaft. W końcu jednak i w tym przypadku estetyka dźwięku poślubiła technikę dźwięku i z owego związku w 1992 roku narodziło się "Showtime", którego ojcem chrzestnym nie mógł być nikt inny jak Mark Ellis, oddelegowany do tej zaszczytnej roli przez Daniela Millera. A skoro mowa o producentach, odpowiedzialność za "Kill Your Friends" spoczęła na barkach Marka Bella - tego, który dla albumu "Exciter" grupy Depeche Mode był swoistym Haydenem Christensenem "Gwiezdnych Wojen', czyli 'kolesiem, który swoją grą "spuścił" sagę George'a Lucasa'. Fani grupy (NE) doczekali się kolejnych dwóch albumów, z których najgorzej przyjęty "Big Hit" przyczynił się poniekąd do zawieszenia na blisko piętnaście lat działalności NE. W 2010 roku duet powrócił na jedyny słuszny szlak, 'dorobił' się perkusisty (Jason Payne) i postindustrialny świat oszalał. Wszystko za sprawą "Industrial Complex" i promującego go tournée.

Meritum, metrum..., czyli ani słowa o Bauhaus i Virgin Prunes.

Czego nie zrobił Douglas McCarthy? Nie zrobił płyty na fanów grupy Nitzer Ebb - to na pewno, choć pewnego ukłonu w stronę 'Industrialnego Kompleksu' należy upatrywać w powłoce "Move On", które znakomicie wywiązałoby się z roli b-side'u "Promises", gdyby takowy singiel się oczywiście wówczas ukazał. Nie poczynił całkowicie miałkiego badziewia, choć nie ukrywajmy: wprowadzenie "Death Is a King" do momentu pojawienia się basowej kurtyny przywieść do takowego wniosku mieć prawo może. Pohukujący niski ton nacechowanego elementami niespokojnego stanu ducha kolejnego 'wynurzenia' ("Hey") rozwiewa powstałe na początku wątpliwości: nie będzie to na szczęście płyta perfekcyjnej pani domu. Potem... no właśnie: stwierdzić należy że McCartney, sorry... McCarthy bawi się formułami syntetycznych brzmień czerpiąc jeśli nie z dubowo triphopowych wzorców Tricky'ego w "Evil Love", to kreuje oniryczne przestrzenie przywołujące na myśl chociażby oahuańskie przejścia Słońca pod horyzont ("The Last Time", "Nothing After This"). Każdemu wedle jego upodobań. Z tych nie-electroniczno body muzycznych kreacji najciekawiej prezentuje się "Taken", któremu nie brakuje zarówno dynamiki jak i pomysłu na wypełnienie powstałych luk urzekająco alkalicznym pyłem dźwięków.

Wniosek? McCarthy wciąż w wysokiej formie, przynajmniej kompozytorsko wokalnej. Jeśli ktoś tu coś sprzeniewierzył, to Mark Bell raczej rzecz jasna. Ogólnie rzecz ujmując (i w tym ostatnim zdaniu w zasadzie powinna się zawrzeć myśl przewodnia niniejszej notatki) każde nagranie zostało wypełnione inną formą dźwiękowej konsystencji. Bo jakżeby inaczej można nazwać ten momentami nieco szorstki, kiedy indziej wyraźnie wygładzony technoidalny ekskurs, okraszony nienachalną rytmiką szykownego house'u naprzemiennie z postkraftwerkowym electro. Autor "Kill Your Friends" nigdy nie pozostanie wierny jednemu stylowi muzycznemu choćby i dlatego, że zawsze znajdzie się ktoś kto tego wysłucha i pozytywnie zaopiniuje. Szczególnie jeśli słyszał kiedyś (- nie tak dawno o) Depeche Mode...

-- vigoslugbait [23 stycznia 2013]




ostatnie recenzje autora:
Keluar - Pangua -- [9 grudnia 2015]
Architect • Sonic Area • Hologram_ - We Are the Alchemists -- [9 grudnia 2015]
Covenant – Last Dance -- [12 czerwca 2013]
Slave Republic - Quest for Love -- [17 lutego 2013]
Depeche Mode - Heaven -- [4 lutego 2013]
  więcej...



inne recenzje McCarthy, Douglas J.:
McCarthy, Douglas J. - Kill Your Friends -- mike [8 kwietnia 2013]

powrót do recenzji »


Szukaj:

nowe na stronie:
SPK - Zamia Lehmanni…
Feanch, Dutour, Lubat…
The Third Eye Foundati…
Dissonant Elephant - 5…
Club Alpino - Woouldy
Club Alpino - Tunga
Roman Wierciński - We ar…
Jan Grünfeld - Music f…
Simfonica - Song of the…
Roman Catholic Skulls…
Chvad SB - Phenomenali…
Lonsai Maikov - Déce…
Robert Henke w Chorzowie
Dog in the Evening…
Sublamp - Cathedrals o…
Eric Hofbauer Quintet…
Dagshenma - Humane to…
MNL 9 - Morning Mystery
Przypadki Derniere Volonte
Fasci di Combattimento…
więcej »

polecamy | więcej »

© 1996-2018 postindustry.org


wygenerowane w 0.051 s.